RSS
sobota, 13 marca 2010
RÓŻNE PUNKTY WIDZENIA

Moi kochani! Przed chwilą przeczytałem 46 komentarzy (nigdy tyle nie było) do mojego ostatniego wpisu, a raczej - w większości - do wpisu pewnej Żaby. Już tak bywało, że mój blog udzielał gościny innym zdesperowanym pracownikom muzeów w Polsce - myślę o Grajdołku Muzealnym zza ściany, który potem założył własny blog, a potem go zlikwidował. No i właśnie mniej więcej o to chodzi. Upiory, kiedy już wyrwą się na swobodę, latają wysoko, a żaby przeciwnie (chociaż, o ile pamiętam, są w Polsce żaby drzewne, chyba nazywają się rzekotki, które skaczą po drzewach). Absolutnie nie podważam  prawdziwości komentarzy Żaby. Ale jedną mam prośbę, droga Żabo, załóż, proszę, własny blog. Sytauacja w muzeum jest ogólnie zniechęcająca, dwuznaczna i obrzydliwa i być może powinniśmy pisać o niej z różnych punktów widzenia.

wtorek, 09 marca 2010
DALSZY CIĄG PANIKI I BADANIA MUZEALNE

Kochani, dyrekcja zaciera ręce nie tyle z powodu mojej rzekomej chciwości, tylko że tak jej się udało, czy to przez przypadek, czy to umyślnie spowodować, żeby ludzie sami jak baranki pędzili do kadr, pytając nieśmiało, czy to prawda, że od czerwca nie będzie tych wszystkich bonusów - a potem dawali się zwolnić przez telefon. Ach, ach, żebym tylko zdążył zwolnić się, zanim pan dyrektor zawiesi albo wypowie układ zbiorowy! A po pierwsze, układ zbiorowy jeszcze nie został zawieszony ani wypowiedziany i mam nadzieję, że przyszłe związki zawodowe będą działały ręka w rękę i do tego nie dopuszczą (a przynajmniej doprowadzą do jakiegoś rozsądnego kompromisu), a po drugie może warto się zastanowić, czy lepiej dłużej pracować, czy wziąć wszystkie te odprawy?? A w ogóle aż mnie skręca z ciekawości, czy nasz pan dyrektor sam wpadł na ten pomysł, czy ktoś mu go podsunął? Bo jak wskazują wydarzenia ostatniego pół roku nasza dyrekcja działa na zasadzie - myślę i jest. Tak samo było z Bitwą. W głowie pana dyrektora nasz Matejko już jechał do Berlina (długi wdzieczności trzeba spłacać), a jak się okazało że niekoniecznie, doszło do scen gorszących... Z układem jest TAK SAMO. On został zawieszony tylko w głowie dyrektora.  

W tej samej głowie narodził się nowy schemat ogranizacyjny muzeum, który przyprawia mnie o dreszcze. Mamy czwartego vice-dyrektora, ale to wiadomo w jakim celu - żeby w razie czego móc przerzucić na niego (czy raczej na nią) odpowiedzialność w razie kłopotów z inwentaryzacją, nadal mamy w strukturze Muzeum Policji (ach, jak sobie dworowaliśmy z Ruszczyca, że dał się w to wmontować), no i mamy Centrum Badań Muzealnych... Centrum dowodzi kierownik, nikomu bliżej nieznany, czyżby jakiś poznański geniusz teoretyczny? W  skład tegoż Centrum wchodzi nasza bardzo zajęta pani dyrektor ds. naukowych, nie mająca habilitacji (ani wielkch widoków na jej zrobienie, szczególnie przy takim trybie pracy jak obecnie), a także pracownicy MNW od doktora habilitowanego wzwyż (w muzeum są takie trzy osoby, w tym dwóch emerytów). A także inni pracownicy merytoryczni, jak się ich ewentualnie doprosi, plus członkowie z zewnątrz, oczywiście dodatkowo opłacani. Idźmy dalej. Centrum to, z jakichś nikomu nieznanych powodów, miałoby się, mówiąc bardzo ogólnie, zajmować działalnością merytoryczną muzeum. Proponować wystawy, programy badawcze etc.  No więc ja się pytam, co jest nie tak z naszą pania dyrektor ds. naukowych, że nie potrafi sama, przy pomocy kolegium kuratorów, ułożyć normalnego planu wystaw, zaproponować jakichś programów badawczych, a jeśli ma ochotę - zorganizować jakichś sympozjów albo konferencji? A potem doprosić partnerów zagranicznych, nie mówiąc o poznańskich geniuszach teoretycznych? Powiedziałbym, że ta nieumiejętność stanowi poważny defekt w przypadku osoby na takim stanowisku...

O misji muzeum nie jestem w stanie pisać, pisałem swego czasu o założeniach, które uważam za z gruntu fałszywe, a co do reszty to jest to jakiś porażający bełkot. Poza co do części planów wiadomo, że niestety upadły, tymczasem nasz pan dyrektor wraca do nich z uporem godnym lepszej sprawy (np. zagrzybiony problem Kuchni w Królikarni). Myśle, że tutaj również działa zasada myślisz i jest...

poniedziałek, 08 marca 2010
NADAL PANIKA

Panika trwa nieustannie, jako że dyrekcja nasza potrafi zwalniać nawet przez telefon. To dopiero musi dawać poczucie wszechwładzy!... Nadal ciekawi mnie przeznaczenie pieniędzy, które muzeum zaoszczędzi na zwolnieniach. Pan dyrektor od czasu do czasu twierdzi, że pójdą one na podwyżki dla pozostałych pracowników. Nie wiadomo tylko, dla których.

niedziela, 07 marca 2010

W muzeum trwa ogólna panika, drzwi od kadr się nie zamykają, tyle osób przychodzi pytać, jaka jest ich sytuacja jeśli chodzi o odprawy i zasiłki przedemerytalne. Tym bardziej, że drugi związek bardzo stanowczo zapowiedział, że to niemożliwe, żeby ludzie po tylu latach pracy odeszli z niczym... Wyjaśnijmy sobie, że drugi związek zawodowy w naszej instytucji reprezentuje głównie admnistrację i pracowników niemerytorycznych. Wygląda na to, że o ile pierwsza fala zwolnień miała charakter intuicyjny, o tyle przed tą drugą dyrekcja wyraźnie odrobiła lekcje, to znaczy przeczytała układ zbiorowy i dokształciła się z przepisów. Nic na to nie poradzę, że jestem przeciwny zwolnieniom. Nie wierzę w model Kurator+Asystentenci - bo chyba o to chodzi? Widziałem ten model w akcji podczas wystawy organizowanej u nas przez Muzeum Historii Polski (Przystanek Niepodległość). Kurator w blasku chwały, otoczony wianuszkiem asytentów, który jednym skinieniem dłoni strąca w przepaść albo wynosi na szczyty... Kiedy opowiada dowcip, wszyscy śmieją się głośno i serdecznie, a kiedy wydaje polecenie wszyscy z rozwianym włosem rzucają się je spełnić... jak wierni legioniści rzucają na stos  swój życia los, bez wahania i bez śladu myśli własnej.

Z tym wszystkim jednak chciałbym odnieść się do zarzutu, który wielokrotnie mi stawiano, a mianowicie - wizji my wspaniali pracownicy i zła dyrekcja. Nie śmiałbym podważać cudzych kompetencji, mimo że niewielu jest wśród nas profesorów i doktorów, nie mówiąc o absolwentach studiów muzealniczych i kuratorskich. Nie jestem fanem naszego kolegium kuratorów. Ale nie wątpię, że pod światłym kierownictwem zespół ten pracowałby znacznie lepiej, tak jak to było za zapoprzedniej dyrekcji. ...Bowiem dyrekcja, która lekceważy swoich pracowników, sama doczeka się lekceważenia. I wbrew pozorom nie jest to układ korzystny dla żadnej ze stron.  

czwartek, 04 marca 2010
O INTUICJI I PIENIĄDZACH

Ze wszystkich znaków na niebie i ziemi wynika, że Muzealny Grajdołek za ścianą niespodziewnie umilkł (miejmy nadzieję, że nie został wciągnięty przez przeciwnika w worek ogniowy, swego czasu uczyłem się o takich rzeczach na studium wojskowym),  łazienkowski blog wystąpił w telewizji... Królu złoty, co to się porobiło..!

Początkowo zamierzałem odnieść się dzisiaj do nowej wizji muzeum, nie mówiąc o jego celach strategicznych, ale po namyśle uznałem, że są rzeczy o wiele ważniejsze, a mianowicie przeznaczenie pieniędzy, które muzeum zaoszczędzi na zwolnieniach. Już wiem z najlepszego źródła, ze nie trafią one z powrotem do ministerstwa. Zostaną w muzeum i,  tak jak podejrzewałem, albo trafią do funduszu płac, albo do innego funduszu pozostajacego w gestii dyrekcji. Jesli trafią do funduszu płac, to sprawa jest jasna - dyrektor będzie mógł zatrudnić swoich ludzi na miejsce tych zwolnionych. To OHYDNE. Prosze mi oszczędzić komentarzy, że takie jest życie. Nic na to nie poradzę, że uważam to za ostatnie swiństwo. Dyrektor może również spłacić naszymi pieniędzmi, przeznaczonymi na płace, jakieś kolejne długi muzeum. Z tego, co mi wiadomo, już to zrobił, idąc zresztą śladami swojego poprzednika, który pozbawił nas w zeszłym roku waloryzacji. Powiem tak. Nie widzę żadnego powodu, żeby długi muzeum były spłacane z mojej pensji. Nie mam żadnego wpływu na kreatywną księgowość w naszej instytucji. Ze swojej strony, jak wszyscy lojalni pracownicy muzeum gaszę światło, oszczędzam papier tudzież przynoszę do pracy własnego laptopa i nie widzę najmniejszego powodu, żeby dyrektor zarabiający przeszło siedmiokrotność mojej pensji miał czelność upominać mnie, kiedy piszę o zachowaniu stanu zatrudnienia! Powiem więcej. Moje przywileje wynikające z układu zbiorowego nie są żadnym luksusem, jesli zaś układ ten zostanie anulowany, pieniądze pochodzące z oszczędności na odprawach, nagrodach i dodatkach zostaną spożytkowane bądź to na spłacenie kolejnych długów (powtórzę: dlaczego z moich pieniędzy?!), bądź to na podwyżki pensji dla krewnych i znajomych Królika. Nie wiem, czy nie pędzącego. Wcale nie jestem pewien, czy właśnie o to chodzi podatnikom!

I jeszcze jeden temat, chyba jednak muszę krótko o tym napisać. Ta nieszczęsna misja. Już samo założenie jest z gruntu fałszywe. Powstanie publicznych muzeów bynajmniej nie wiazało się "z procesami wspierania rozwoju demokracji i społeczeństwa obywatelskiego". Historia kolekcjonerstwa uczy nas, że trzon znakomitej wiekszości muzeów publicznych stanowiły kolekcje prywatne, stworzone przez przedstawicieli klas uprzywilejowanych zainteresowanych z jakiegoś powodu minerałami, muszlami i medalami, antyczymi posążkami i obrazami. Zaczątkiem kolekcji Muzeum Narodowego w Warszawie były zbiory Szkoły Sztuk Pięknych, które to zbiory nie były przecież darem miłościwie nam wówczas panujacego cara Mikołaja... tylko pochodziły z prywatych donacji. Tym samym powstanie muzeów nie wiazało się "z procesami wspierania rozwoju demokracji i społeczeństwa obywatelskiego", tylko wiązało się z procesami wspierania inicjatyw patriotycznych i społeczeństwa narodowego...  

niedziela, 28 lutego 2010
ZNOWU INTUICJA

Nie bardzo chciałbym dalej rozprawiać o monie - bo wiadomo, że innego programu nie będziemy mieli - a ten działa, działa beznadziejnie, przyczyniając mąk i udręk jego użytkownikom, ale jest - i chodzi na naszych wiekowych komputerach.

Dlatego tym razem chciałbym odnieść się do kolejnych intuicyjnych działań naszej dyrekcji czyli drugiej fali zwolnień. Do czego ostatecznie dąży nasz dyrektor? Podobnie jak z tą nową mentalnością, nie rozumiem, o co tu chodzi. Czy istnieje jakaś idealna struktura zatrudnienia, do której dążymy? Swego czasu była mowa o tym, że w muzeum powinny pracować wyłącznie osoby po wyższych studiach (sic!). To było przy okazji dyskusji nt. laborantów, ale ten problem, jak się wydaje, upadł w obliczu ogromu prac fizycznych i administracyjnych wykonywanych przez laborantów i personel techniczny. Chyba nawet do dyrekcji dotarło, że ktoś musi im to biurko przesunąć do innego kąta, nie mówiąc o powieszeniu obrazów. No więc - nie sami magistrowie, to już wiemy. Kogo jeszcze można zwolnić? Emerytów? Pan dyrektor zaczął od asystentów, co do których powiedział, że są młodzi i znajdą sobie inną pracę, a teraz zabrał się do osób w wieku emerytalnym (które są stare i nie znajdą sobie innej pracy), o ile mi dobrze wiadomo zabrał się również do administracji, chce zlikwidować stanowisko kasjerki, mówi się o jakichś dziewczynach z biblioteki. No więc - jak to jest, czy te pieniądze, które muzeum zaoszczędzi na zwolnieniu wszystkich tych nieszcześników - wrócą do ministerstwa? A jeśli zostaną w muzeum, czy nadal będę pozostawały cześcią funduszu płac? Czy to prawda, że jedna z ustaw antykryzysowych pozwala dyrektorowi na niekontrolowane podwyżki pensji? Czy to znaczy, że wystarczy być grzecznym i można dostać ekstrapremię, albo też zapłacić jakiejś kolejnej osobie z zewnątrz ekstrahonorarium? Ewentualnie z tych pieniędzy zatrudnić jakieś nowe osoby? Czy to możliwe, że te zaoszczędzone pieniądze zostaną zabrane z funduszu płac i wydane np. na opłacenie rachunków za prąd albo za papier na kolejny numer biuletynu (jak przepadnie kolejna dotacja)? Moje kolejne pytanie brzmi: jak zła jest nasza sytuacja finansowa i czy jest zła, skoro MKiDN zapłaciło nasze długi? Czy ponieślismy ostatnio jakieś dramatyczne straty finansowe w rodzaju niesprzedanych towarów, zalegających magazyny albo wręcz bankructwa spowodowanego niewypłacalnością któregos z naszych dłużników? Muzeum Narodowe w Warszawie nawet jeśli miałoby działać jak instytucja typu business like, w istocie jest instytucją typu non profit i nie prowadzi interesów... nawet jeśli na czymś zarabia. Skąd więc ten kryzys nagły i skąd te nieprzemyślane oszczędności, które w ogólnym rozrachunku będą nas kosztowały drożej (doraźne zatrudnianie osób z zewnątrz) niż utrzymanie staus quo? Skąd te ataki na układ zbiorowy, który gwarantował pracownikom to, co w wielkich korporacjach nazywa się bonusami czyli - nagrody jubileuszowe, odprawy i inne dodatki, które przy naszych pensjach naprawdę nie są żadnym luksusem? I ostatnie pytanie, czy inne muzea narodowe w naszym kraju też podejmują podobne działania? I czy również robią to intuicyjnie? Czy może według jakichś zasad, a może najpierw przeprowadzają coś w rodzaju kontroli czyli może jakiś sensowny audyt? Mimo że my upiory umiemy znakomicie liczyć (kwestia wprawy nabranej podczas liczenia ziaren maku w trumnie), to z żalem muszę powiedzieć, że nie znam odpowiedzi na żadne z powyższych pytań i aż się boję... po prostu strach się bać!

sobota, 27 lutego 2010
MONA MOJA MIŁOŚĆ

Długo to trwało, ale w końcu dojrzałem do napisania o programie MONA. Dla niezrzeszonych małe wyjasnienie - jest to nasz program inwentaryzacyjny, napisany specjalnie dla naszego muzeum, a jego nazwę, pochodzącą od Mona Lisy, wymysliła programistka, która do tej zajmowała się programowaniem urzadzeń medycznych dla szpitali. Muzeum Narodowe w Warszawie posiada licencję na MONĘ i nawet sprzedaje ten nieszczęsny program do innych muzeów. Jak mówią ci, co się na tym znają, program inwentaryzacyjny, który działa, jest sam w sobie sukcesem,  problem w tym, że mona żyje własnym życiem i jest wybitnie user unfriendly. Mówiąc po ludzku, nic w tym programie nie naprowadza użytkownika na własciwą droge, co oznacza, że po kilkutygodniowym nieużytkowaniu normalny człowiek zapomina, jak przeprowdzić co bardziej skomplikowane operacje. Uczy się na nowo i - zapomina przy najliższej okazji. Dotyczy to WSZYSTKICH użytkowników mony, którzy nie użytkują jej codziennie. Poza tym mona nie trzyma się kupy czyli jak  mówią prawdziwi fachowcy jest nie w pełni relacyjną bazą danych  i może tak być, że na karcie obiektu nie pojawiają się dane, dopisane z innego poziomu. O tym, że mona gubi niektóre dane nie wspomnę, bo to się pewnie wszędzie zdarza. Reasumując, nie jest to mój ulubiony program, ponieważ jednak od jakiegoś czasu ciągle słyszę jak kolejna osoba biedzi się nad uzupełnieniami w monie, postanowiłem rozeznać się w sytuacji... i co się okazuje. Jak pisałem, jestem głęboko przekonany, że nasz pan dyrektor głęboko lekceważy problem bzukabonów i dlatego postanowił powołać czwartego vice-dyrektora... W razie czego będzie miał na kogo zwalić winę za niezinwentaryzowane kilkadziesiąt tysięcy monet, nie mówiąc o brakach w monie. Jak powiedział "winnych ukarze, a sam poda się do dymisji". He, he.  Póki co chyba chodzi o to, żeby kustosze w naszym muzeum zajmowali się uzupełnianiem kolejnych pól w monie i żeby uniemożliwić im wszelką normalną działalność merytoryczną... podczas gdy wystawy będą u nas robili zaufani ludzie z zewnątrz. Nic na to nie poradzę, ale  nie podoba mi się tegoroczny plan wystaw. Pisałem już dlaczego mi się nie podoba i koniec. I wcale nie chodzi mi o tę nieszczęsną wystawę homoerotyczną (dyrekcja się postarała i znalazła pieniądze na katalog - oczywiście żaden bank nie chciał się pakować w coś takiego, stąd naszym sponsorem będzie fundacja po linii ideolo). A co mi się podoba?... Niech pomyślę. Puste podesty mi się podobają. To jest jednak znakomita architektura... dopóki nic jej nie zagraca (niestety zdaję sobie z tego sprawę, że w muzeum brakuje miejsca i pewnie wkrótce coś tam się zagnieździ, bo nie ma innego wyjścia). Pakowalnia mi się podoba. Moja skrzynia mi się podoba. Rzeźby przed muzeum, a najbardziej Ewa. Poza tym w naszej knajpie coraz częściej dają naleśniki i to zupełnie niezłe! I jeszcze nasze logo mi się podoba, to ze św. Anną z Faras (i nie kojarzy mi się bynajmniej z Radiem Maryja, trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby powiedzieć coś takiego)... Dział oświatowy, tak, są znakomici, nieraz bujam sobie pod sufitem i słucham z przyjemnością... Tyle rzeczy mi się podoba!

niedziela, 21 lutego 2010
AKTIVIST I MACHINA MUZEALNA

Teraz będzie o aktywności muzealników, ponieważ podobnie jak dobrze jest dzisiaj pisać o zakurzonym muzeum, pachnącym pastą do podłogi, tak samo dobrze pisze się o leniwych kustoszach, którzy chcą wyłącznie zachować status quo, czyli: stały etat (a u nas dodatkowo obowiązuje układ zbiorowy, który jest solą w oku dyrekcji), stała pensja, uregulowany tryb życia czyli cisza i spokój. A tu przyszedł nowy dyrektor i postanowił przeprowadzić rewolucję! Leniwi kustosze rzucili się z propozycjami wystaw - absolutnie nie wierzę, żeby wszystkie były do kitu, a co do niektórych wiem, że ludzie waliliby drzwiami i okanami - po czym zostali odprawieni z kwitkiem. Sytuacja jest więc głęboko schizofreniczna, z jednej strony plan wystaw jest jaki jest, z drugiej dyrekcja mniej lub bardziej niegrzecznie uwala kolejne propozycje. Miedzy nami mówiąc, myślę, że wszystkie te wystawy to dla niej okropny kłopot, więc prościej jest sprowadzić wystawę kontenerową - wielki zaszczyt dla Muzeum Narodowego, porównywalny z Caravaggiem... już widzę te kolejki, które będą stały na dziedzińcu! 

sobota, 20 lutego 2010
SEN ZIMOWY

Przez ostatni tydzień postanowiłem uciąć sobie mała drzemkę w obliczu opadów śniegu i niektórych przydługich komentarzy. Ale że mamy odwilż, postanowiłem w końcu wygrzebać się z mojej skrzyni... Moi drodzy, ja oczywiście mógłbym, ale nie muszę i chyba nie bardzo mi się chce udzielać niektórym z Państwa przyspieszonych korepetycji z nowoczesnej muzeologii. I nie muszę leczyć niczyich  kompleksów, ani emigranckich, ani miejscowych urzędniczych, ani dyrektorskich.     Już kiedyś o tym pisałem, kochani, ja rozumiem, że do nas różne prądy docierają z opóźnieniem i że nasi dziennikarze, jak już gdzieś coś przeczytają, to potem piszą różne dziwne historie. Rozumiem, że teraz dobrze jest pisać źle o muzeum, jako o miejscu zacofanym, zakurzonym, pająki wychodzą zza obrazów, pachnie pastą do podłóg i czym jeszcze? nie pamiętam, chyba w ogóle jest zaduch i ogólna kompromitacja. Niektórzy jeszcze podają jako kontrprzykład warszawskie Muzeum Powstania albo jakieś muzeum, bodajże w Korei Południowej, gdzie cyfrowa Mona Lisa odpowiada na pytania zwiedzających. Kochani, Muzeum Narodowe w Warszawie jest MUZEUM SZTUKI, no co ja na to poradzę?! Nie da rady, choćby nie wiem jak bardzo się kto starał, zrobić z nas tzw. nowego muzeum, które gada i świeci, w którym można się gdzieś przeciskać, albo coś nami potrząsa albo można się za kogoś przebrać, posłuchać, wziąć tzw. eksponat do ręki i poczuć, a w niektórych muzeach nawet powąchać. To świetnie, że są takie muzea. U nas drugim takim muzeum (oprócz Muzeum Powstania) będzie wkrótce Muzeum Chopina.  Nie zmienia to faktu, że te nowe muzea, nie są bardziej nastwione na widza - tylko inaczej. Muzeum Narodowe przeszło w ostatnich latach transformację, która sprawiła, że nie ma problemu z dostępem do muzeum ludzi niepełnosprawnych ani matek z wózkami ani dzieci. Dla wszystkich grup wiekowych odbywają się stosowne oprowadzania i zajęcia. Powiem więcej, walą na nie prawdziwe tłumy. Transformacja ta dotyczy również nowych ekspozycji, ich wyglądu i zamieszczanych na nich informacji. Jak już kiedyś pisałem zmiany w muzeum mają charakter ewolucyjny, a nie rewolucyjny, zapewne dlatego gros naszych dzielnych dziennikarzy nie jest w stanie ich zauważyć...

Następnym razem pozwolę sobie odnieść się do poruszanego w komentarzach problemu aktywności pracowników muzeum i może w końcu napiszę na temat mony, ale ten temat mnie po prostu odrzuca...

poniedziałek, 15 lutego 2010
ZNOWU BZUKABONY

Ach, ach! Ależ ci muzealnicy są zacofani! Jeśli chodzi o monę, to powoli zbieram się, żeby o niej napisać, ale na razie nie mogę się przemóc. Powiem tylko, że niezaprzeczalną zaletą mony jest to, że działa na naszych komputerach i że w ogóle działa. Innych zalet jest niewiele, niewiele jest też komputerów w muzeum... Codziennie rano można zobaczyć kolejne osoby dźwigające prywatne laptopy, zeby móc normalnie pracować... Teraz o wynikach kontroli. Te liczby, które tak fascynują niektórych moich komentatorów są celowe podawane w masie, żeby jeszcze bardziej zamącić i zamieszać. Przy tym z reguły są nieadekwatne do rzeczywistości. Nadal nie chcę pisać na temat mony, ale program ten podaje fałszywe dane. Wystarczy nieistotny brak, żeby dany zapis nie liczył się w ogólnym rozrachunku. Na tle innych muzeów nasze braki nie są ani szokujące, ani deprecjonujące. Bardzo łatwo jest żonglować liczbami na papierze, a celują w tym urzędnicy, ktorzy nie mają pojęcia, jak naprawdę wygląda praca w muzeum. I tu własnie jest pies pogrzebany. Muzeum można oglądać z różnych punktów widzenia, a jednym z nich jest ogląd urzędnika widzacego muzeum w liczbach. I to są własnie bzukabony... Podobnie działają wszystkie inne urzędy, kiedy wyznaczają limity przyjęć w przychodniach, albo likwiduja małe szkoły na wsiach. Bo za liczbami/bzukabonami stoja fizycznie istniejące działa sztuki/chorzy ludzie/dzieci w wieku szkolnym. Swego czasu w naszym ministerstwie liczono majątek narodowy, każąc w ciagu kilku dni podawać muzeom wartość posiadanych przez nie zasobów (włącznie z budynkami i ziemią), co miało rzekomo potem posłużyć do oszacowania majątku narodowego. A było to działanie całkowicie fikcyjne i podawane jak leci, byle na termin. Aż sie boję pomyśleć, co zrobiono z uzyskanymi w ten sposób danymi... Dlatego jakoś nie jestem w stanie się przejąć wynikami wszystkich tych kontroli, bo na papierze jest tyle i tyle, można to jeszcze pomnożyć przez liczbę osób zatrudnionych na pół etatu, podzielić przez PKB, dodać ilość obiektów datowanych na przed 1830 (z wyłączniem depozytów) i co nam wyjdzie? 48% bzukabonów! Powiem jeszcze coś, co być może zaszokuje moich drogich czytelników. Podejrzewam, że podobnie jak mnie, naszego dyrektora bzukabony w masie nudzą i brzydzą. On widzi muzeum jako pewną ideę, bardzo specyficzną, ale jednak - jako forum, na którym spotykają się mieszkańcy naszego miasta i nie tylko i za pomocą specjalnie dobranych wystaw prowadzą ze soba dialog na różne tematy (głównie na temat mniejszości i naszych win w stosunku do tychże mniejszości), a także jako miejsce identyfikacji i budowania wlasnej tożsamości. Ja wprawdzie widzę to trochę inaczej, ale generalnie nie będę się ekscytował bzukabonami...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5