piątek, 05 listopada 2010
SPOTKAMY SIĘ NA TAMTYM ŚWIECIE...
Moi drodzy, wiele lat temu na zamknięcie kabaretu Dudek śpiewano: Spotkamy się na tamtym świecie, zajmiemy tam krzesełko wam... Jako upiór Wam to mówię... Mam nadzieję, że to już koniec. Że teraz będzie w miarę normalnie. Idzie zima, zamierzam zaszyć się głęboko w pakowalni w jakiejś zapomnianej skrzyni... i spać, spać, spać...
Nadal nie wiadomo jakie będą losy niedobitków po naszym nieodżałowanym panu dyrektorze, to znaczy niegdysiejszej zastępczyni, głównej księgowej i dyrekcji technicznej. Nie mówiąc o pani od fundraisingu i blond rzecznik. Mam nadzieję, że pod światłym kierownictwem albo odmienią swoje postępowanie (och, och!), albo polecą ze świstem, bo chyba tertium non datur... Zabawnie jest posłuchać, że jeśli chodzi o naszą lady znad Tamizy - wszyscy wiedzą, że w sumie powinni jej współczuć, ale - jak przyznają - nie mogą, nie mogą, no naprawdę nie mogą... Wglądam w siebie i - niestety - nie mogę, nie mogę, no naprawdę nie mogę jej współczuć i nic na to nie poradzę.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali przez ostatni jakże trudny dla nas wszystkich rok - wszystkim moim czytelnikom i komentatorom. Pozdrawiam wszystkich czytelników spoza Muzeum Narodowego w Warszawie - nie zapominajmy o naszym znakomitym organizatorze czyli Ministerstwie Kultury i innych muzeach, które będą mogły, miejmy nadzieję, czerpać z naszego świetnego przykładu. Pewne rzeczy są, jak widać trudne, ale nie niemożliwe...
Mam nadzieję, że ten wpis jest pożegnaniem - liczę na to - jak wszyscy jestem już bardzo zmęczony po tych trzech latach i bardzo chciałbym już trochę odpocząć... Moi drodzy, spotkamy się na tamtym świecie...!
WASZ UPIÓR
środa, 27 października 2010
MYŚLENIE NIE BOLI
Nikomu bliżej nieznana pani adiunkt z UAM wysmażyła list-petycję w obronie naszego ex-dyrektora. Mogę zrozumieć, że podpisują to ludzie z uniwersytetu w Poznaniu - nagle dotarło do nich, że teraz będą mieli kolegę przez pięć dni w tygodniu, a nie tylko w piątki, jak przez ostatni rok. W obliczu takiej groźby chyba też bym podpisał. Ale - czytam ci ja listę osób popierających ową petycję i i znajduję (przyznaję, że nieliczne) znajome nazwiska i jakoś czuję się tym zażenowany.
Ludzie, MYŚLCIE, myślcie samodzielnie, a nie po linii partyjnej. Rozumiem, że w stadzie jest ciepło i przyjemnie, ale chyba nie o to w życiu chodzi, prawda?
To, że ktoś ma lewicowe, czy w przypadku naszego ex-dyrektora, lewackie poglądy, nie oznacza automatycznie, że ma rację i że postępował właściwie!
Fakt, że ktoś wyznaje postępową ideologię, nie oznacza, że ma zawsze rację!
Lewicowość nie jest kategorią etyczną! Nie oznacza również automatycznie profesjonalizmu i nie świadczy o kompetencjach.
I na koniec: to że ktoś jest profesorem historii sztuki, nie oznacza automatycznie, że jest dobrym dyrektorem muzeum.
LUUUDZIE! MYŚLENIE NIE BOLI!
RAZ PEWNA LADY ZNAD TAMIZY...
Przysłowia są mądrością narodów. Dlatego: Jaki pan, taki kram. Gdzie nasz pan dyrektor pożegnał swoich nielicznych współpracowników? Ano, jak wszyscy działacze partyjni - w stołówce zakładowej, między jarzynową a kotletem... Wprawdzie w naszej znakomitej art-cafe na stołach nie leży cerata i sztućce nie są na łańcuchu, ale poza tym niewiele nam brakuje do ideału zakładu zbiorowego żywienia z poprzedniej epoki...
Poza tym będę powtarzał ad nauseam: CAŁA ta ekipa musi odejść, na czele z naszą kudłatą vice. Ja rozumiem, że człowiek, powiedzmy, że... nierozumny, nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest... nierozumny i na tym ten jego brak rozumu polega. Ale ja mam już trochę dosyć. Już dawno o tym myślałem, gdyby tak doszło do jakichś demonstracji, proponuję transparenty z hasłami, np.: CO WY NA TO, PRECZ Z KUDŁATĄ! Gdyby ktoś z państwa miał inne pomysły na hasło, polecam się gorąco! Dopuszczam również inne formy poetyckie, preferowane limeryki. Najlepsze propozycje zostaną nagrodzone!
wtorek, 26 października 2010
INTERREGNUM
Do najbliższego czwartku (czyli do najbliższego posiedzenia rady powierniczej) mamy czas międzykrólewia. TRWAJ CHWILO, JESTEŚ PIĘKNA... W muzeum odczuwa się wyraźną poprawę atmosfery, a ja fikam koziołki pod sufitem, robię podwójne tulupy i axle z ukontentowania (od momentu zdjęcia dywanu sytuacja w dyrektorskim korytarzu zrobiła się nieco śliska...). Jutro nasz pan dyrektor będzie się żegnał z swoimi współpracownikami, jak się wyraził tygrys anielski, "u truciciela", który to truciciel rzekomo nim nie jest - ale nie wchodźmy w ten niestrawny temat - bardzo jestem ciekawy, kto przyjdzie? Moją największą obawę budzi nasza vice-dyrektor, która jak tylko neomarksista pożegnał się z nami na ostatnim zebraniu, wysmażyła list do ministerstwa, że ona chce z nami tutaj zostać, bo jest w muzeum bardzo potrzebna i ma wiele pozaczynanych projektów... No?! Aż mi lodowaty dreszcz przebiegł po plecach. Nie ulega wątpliwości, że cały ten zespół powinien odejść, włącznie z panią rzecznik i panią od fundraisingu. Do tej pory wszystkim nam się wydawało, że naszą zastępczynię dostaliśmy w pakiecie razem z panem dyrektorem - reszta państwa była na miejscu gotowa do zagospodarowania - i że całe to towarzystwo zniknie razem z naszym poznańskim akademikiem. A tu proszę, pani czuje się potrzebna, nie powiem, że chce z nami współpracować, bo chyba nie wie, na czym to polega, ale na pewno ma wiele znakomitych pomysłów, takich jak określenie tożsamości płciowej Fryderyka Chopina, albo dekonstrukcja patriotycznego mitu Emilii Plater. Nie mówiąc o desakralizacji Guercina... Kiedy sobie wspomnę na te jej wszystkie pomylone projekty, a szczególnie te jubileuszowe (między innymi pani wymyśliła, żeby muzeum miało własny, oficjalny błagonadiożny blog), to mam tylko nadzieję, że nasza przyszła pani dyrektor pozna się na tym towarze w pięć minut...
wtorek, 19 października 2010
HINDUSKA WDOWA
W samo południe na stronie MKiDN ogłoszono nazwisko kandydatki na stanowisko dyrektora naczelnego. Ponieważ między nami a ministrem tkwi jak kołek w płocie rada powiernicza, więc minister musi swoją kandydatkę przedstawić na posiedzeniu rady w końcu miesiąca.
W tej chwili jednak problem nie leży w nowej głównej dyrekcji, tylko w niedobitkach po neomarksiście. Jeśli w naszej znakomitej instytucji w ogóle ma się coś zmienić, to Balcerowicz czyli dotychczasowa vice ds. naukowych musi odejść. Nie mówiąc o całej reszcie czyli dyrekcji technicznej i głównoksięgowej. Ja rozumiem, że do naszej naukowej vice nie dociera, że jej szef i dręczyciel musiał się podać do dymisji i że ona jak hinduska wdowa powinna wejść na stos pogrzebowy. Wiadomo skądinąd, że te wdowy, które nie chciały dać się spalić z ciałem męża albo były do tego zmuszane (patrz "80 dni dookoła świata" Juliusza Vernego), albo do końca życia były wyrzutkami społecznymi. Może pora się zastanowić nad tą ostatnią możliwością. Nie da się zaprzeczyć, że nas ex-dyrektor ustępując, zachował się z godnością - przynajmniej na koniec - chyba dobrze byłoby wziąć przykład... Dlaczego piszę z taką niechęcią o naszej naukowej vice - ano nie bez przyczyny. Ja rozumiem, że to musi być przyjemne - wywracać cudze projekty do góry nogami, obrażać grafików i projektantów, poprawiać redaktorów, zmieniać tytuły , wtrącać się we wszystko i wszędzie - i co najgorsze bez sensu. Nie mogę się oprzeć, żeby tego nie napisać: ta nieszczęsna ikonosfera (romantyzmu) nikomu normalnemu spoza naszego środowiska nic nie mówi, że nie wspomnę, że jest to termin z poprzedniej epoki... Do tego ta porażająca... powiedzmy, że niekompetencja... a wystarczyłoby przed rozmową zajrzeć do wikipedii... każdy czasem zagląda do wikipedii, nikomu to nie uwłacza. Nasza pani, nawet wiedząc wcześniej o temacie rozmowy, nie potrafiła zajrzeć do internetu, żeby potem nie opowiadać bzdur na temat takiego czy innego artysty... I jeszcze coś... czy ja dobrze pamiętam, że w przeciwieństwie do swojej poprzedniczki nasza pani pozwoliła sobie wpisać do zakresu obowiązków - współodpowiedzialność finansową za długi muzeum?... Może pora na rozliczenie?
niedziela, 17 października 2010
MUZEUM ZA TRZY GROSZE
Bodaj to dopuścić do ministerialnej dotacji neomarksistę - a za takiego uważał się nasz ex-dyrektor... Jak twierdzi nasza niedouczona (czytaj: nieukończone studia) pani rzecznik, w kasie muzeum brakuje 4 mln złotych. Jak to możliwe, skoro ministerstwo uregulowało nasza zobowiązania kredytowe wobec banków, a także przyznało nam na ten rok przeszło 29 mln złotych? Jak pisze moja ulubiona GW do tej pory zdążyliśmy wydać prawie 24 mln, z prostych rachunków wynika, że do końca roku zostało nam 5 mln złotych, ale żeby trochę zamącić - utrzymanie muzeum kosztuje podobno nie 29, a 39 mln - tak twierdzi nasza droga pani rzecznik, z jakichś innych tajemniczych źródeł (jakich???) udało nam się pozyskać 6 mln, więc brakuje tylko 4 mln, jak stało na początku. Ciekawe, co z tego jest prawdą, ewentualnie pół- i ćwierćprawdą. Ośmprawdą i tak dalej...
Ani ja, ani żaden inny pracownik muzeum, wyjąwszy pewnie dział finansowy i główną księgową, nie ma pojęcia, ile naprawdę kosztuje utrzymanie muzeum. Osoby takie jak ja wiedzą, ile z grubsza kosztuje wydanie iluśtamstronicowego katalogu, albo delegacja do Rzeszowa. Umieją obliczyć honorarium za tekst i rozliczyć podatki. Niestety nie znamy się na sprawach finansowych - a tym bardziej na kreatywnej księgowości, która sprawia, że suma 29 mln jest równie prawdopodobna jak każda inna.
Natomiast doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że sprowadzenie prac ze Stanów na wystawę homoerotyczną jest rozrzutnością. Tak samo jak wynajmowanie blaszanych kontenerów, podczas, gdy stoją puste sale. Płacenie gigantycznych honorariów komisarzom wystaw, nie mówiąc o goszczeniu ich w pobliskim Sheratonie, bo to drogi hotel. Przy czym to wszystko są wydatki jednorazowe, a co z pozycjami stałymi w budżecie czyli wzrostem funduszu wynagrodzeń w latach 2009/10 o przeszło 800 tys. zł? Kto dostał te podwyżki, kogo nowego zatrudniono (oprócz pani rzecznik i pani od sposoringu - a propos sponsoringu, jeśli już mówimy o pieniądzach, ile pieniędzy muzeum zyskało dzięki naszemu działowi "żebraczemu", czy znane są jakieś konkretne sumy?). ...Czyżby nasz neomarksista rzeczywiście zrobił skok na kasę, po czym podał się do dymisji, licząc na abolicję?
piątek, 15 października 2010
NIE MA DYMU BEZ OGNIA
Zgodnie z obietnicą krótko na temat zespołu muzeum. Jakiś czas temu napisałem, dlaczego w pewnym momencie wszyscy pracownicy merytoryczni solidarnie wystąpili przeciwko naszemu ex-dyrektorowi. Ponieważ przeszkadzał zarówno tym, którzy chcieli coś robić, jak i tym, którzy nie chcieli nic robić. Tym pierwszym uniemożliwiał robienie wystaw, a tym drugim picie herbaty, co w obu przypadkach jest ogromnie frustrujące. Pierwsze wystąpienie kuratorów przeciwko dyrektorowi było poprzedzone tajnym głosowaniem, które, ku zdumieniu wszystkich biorących w nim osób, wypadło jednomyślnie. Potem przyszła sprawa Grunwaldu, która również przyczyniła się do konsolidacji zespołu, ponieważ był to przypadek bez precedensu w historii muzeum, niebywała historia, ludzie przecierali oczy ze zdumienia, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Kolejne decyzje pana dyrektora tylko zacieśniały naszą współpracę i podsycały nasz opór, ponieważ większość z owych decyzji trąciła szaleństwem.
Zazwyczaj pracownicy merytoryczni muzeum i ich przedstawiciele czyli kuratorzy byli podzieleni i dosyć bierni. Ci co chcieli, robili wystawy, a ci co nie chcieli, pili herbatę. Musiała istnieć naprawdę poważna przyczyna, dla której wystąpiliśmy solidarnie przeciwko człowiekowi, który niszczył muzeum i niszczył nas... Bardzo długo łudziliśmy się, że coś się zmieni. Wielu z nas chciało wespół z panem dyrektorem budować muzeum krytyczne, ale on z założenia nie chciał niczego z nami budować, konsekwentnie wykluczał nas z różnych projektów (czuliśmy się WYKLUCZENI!), utrącał nasze projekty, lekceważył muzeum, o nas nie mówiąc... Piszę o tym wszystkim, ponieważ nagle okazało się, że robimy za bandę buntowników bez powodu, tymczasem, jak mówi ludowe przysłowie, naprawdę nie ma dymu bez ognia...
środa, 13 października 2010
DROGI DROBNY PRZEDSIĘBIORCO!
Czytam gazety i diabli mnie biorą. W Polityce, w wydaniu internetowym, mamy artykuł pt. "Przegrane muzeum", i zgodnie z przyjętym przez dziennikarza prostackim schematem, środowisko muzealne jest tam "niezwykle zachowawcze", a jego siła, którą nagle poczuło, jest "destrukcyjna". Schemat ten zakłada z góry, że muzeum od 1989 roku nie przeszło żadnych zmian i że jest "oazą ciepłych posadek". Ergo - wymaga reform. Nasz ex-dyrektor miał jakoby rację, ale - biedaczysko - nie był dobrym strategiem i dlatego musiał odejść, a dziennikarzowi żal. A komu zal niech idzie w dal.
Odpowiadam. W muzeum zaszły ogromne zmiany od 1989 roku. Szczęśliwie wprowadzano je powoli i z sensem, a nie na zasadzie rewolucji. Bowiem nie wystarczy reformować dla samego reformowania, trzeba jeszcze przy tym trochę myśleć. Artykuł w Polityce był obliczony na wzburzenie czytelnika, być może drobnego przedsiębiorcy, który myśli sobie tak, ja tutaj muszę ciąć koszty, zwalniać ludzi, mój zysk maleje... a tu proszę, moje podatki idą na ciepłe posadki...! Drogi drobny przedsiębiorco! Zwolnienia w naszej firmie były przeprowadzane na oślep, bez jakiegokolwiek rozeznania, zwalniano tych, którzy mieli nieszczęście być na umowach czasowych, nawet jeśli były to osoby zdolne i twórcze (jedna z nich wkrótce potem dostała stypendium Fulbrighta), zwalniano tych, którzy mieli niecały etat albo którzy mieli możliwość przejścia na emeryturę. Zwalniano w ramach różnego rodzaju przekształceń, które potem trzeba było odkręcać. Dyrektor nie patrzył przy tym, ile osób pozostawało potem w dziale, to było działanie mechaniczne. Przenoszono osoby z działu do działu, kompletnie bez sensu, nie licząc się z czyjakolwiek specjalizacją.
Drogi przedsiębiorco, czy zwolniłbyś pomoc dentystyczną w swojej klinice tylko dlatego, że nie musiałbyś płacić jej odprawy - zostawiając jednego z twoich lekarzy samego z obsługą ssaka i bormaszyny? A może na miejsce technika dałbyś panią Zosię z recepcji, bo pani Zosia ma umowę na czas nieokreślony i i jeszcze trochę do emerytury, więc pani Zosia do podawania gazików i trzymania ssaka. Nieważne, że nigdy tego nie robiła i gaziki lecą jej na podłogę. Nie wiadomo tylko, kto będzie odbierał telefony, a jak wiadomo w takiej firmie jak twoja jest to sprawa kluczowa. No, ale zreformowałeś swoją klinikę, a - jest jeszcze pani Ewa, ortodontka, szczególnie kochana przez dzieci, jest młodą mamą i chciałaby pracować tylko we środy i w piątki, czy i ją zwolnisz, żeby uczynić zadość reformom? I jeszcze jedno. Wyobrażam sobie, że zanim je obie zwolnisz, wcześniej obliczysz sobie, ile na tym zyskasz, prawda? Dowiedz się kochany, że nasz ex-dyrektor niczego nie przemyślał, niczego nie obliczył (i przyznawał się do tego expressis verbis), i zwalniał kompletnie bez sensu i bez jakiegokolwiek planu, byle jeszcze kogoś zwolnić.
Ludzie! Nie chodzi o to żeby reformować dla samego reformowania, trzeba to robić z głową!
O tym dlaczego nasz nowy dyrektor nie powinien się obawiać rzekomo rozpaskudzonego i rozzuchwalonego, zachowawczego zespołu i co jest naszym atutem, napiszę jutro.
ODJECHALI NA ZŁOTYCH SZYNACH...
Jestem wstrząśnięty i zmieszany. Nasz pan dyrektor podał się do dymisji. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Biję się w piersi, w końcu jeszcze kilka dni temu ponuro prognozowałem dalsze odwołania i riposty, a tu proszę, pan dyrektor szybko i sprawnie wygłosił mowę do narodu, zaznaczając, że bój to jest nasz ostatni, podziękował wicedyrektorom (chyba nie przyszło mu do głowy, żeby podziękować imiennie swojej znakomitej zastępczyni, za to wymienił tygrysa anielskiego), podziękował tym, którzy krytykowali go w sposób konstruktywny, powiedział, że chciał zwolnić głównego konserwatora i że nie powodowały nim w tej mierze względy personalne, ale że już nie chce. Po małej chwili było po wszystkim. Wygraliśmy.
Pozostaje kwestia przyszłości, tej najbliższej czyli kto teraz będzie p.o. dyrektora (mówi się o naszej czwartej vice czyli głównym inwentaryzatorze) i tej dalszej, czyli KTO BĘDZIE NOWYM DYREKTOREM MUZEUM NARODOWEGO W WARSZAWIE. Nadal uważam, że znalezienie dyrektora wśród pracowników MNW nie jest niemożliwe. Mam też nadzieję, że czy to ministerstwo, czy to nasza rada nie będą nam chciały zaserwować odgrzewanych kotletów czyli że nie będziemy wracali do różnych dziwnych kandydatur z pierwszego i drugiego konkursu. Muzeum potrzebuje normalnego, przyzwoitego szefa z powołaniem, stosunkowo młodego i otwartego na propozycje, z dystansem do siebie i innych - a nie kogoś kto będzie chciał wyłącznie posadzić swoje czcigodne cztery litery na stolcu dyrektorskim... to byłaby klęska innego rodzaju niż to, co przeżywaliśmy ostatnio, ale równie dojmująca...
Jestem już bardzo śpiący... jeszcze tylko przelecę się przed spaniem dyrektorskim korytarzem i zaraz idę zagrzebać się pod kartony do pakowalni, bo co do jednego nie mam wątpliwości - żyjemy w ciekawych czasach.
sobota, 09 października 2010
MILCZENIE JEST ZŁOTEM
Otwieram ci ja GW w samo południe i cóż widzę - nomen omen na stronie trzynastej znajoma twarz i co jeszcze - o dziwo krawat i ciemny garnitur ... pan patrzy na nas z góry z głębokim namysłem i może nawet zatroskaniem...? Z artykułu wynika, że państwo chcą odpowiadać na zarzuty rady powierniczej... Ciekawość mnie wprost zżera, co też nam państwo dyrektorostwo powiedzą we wtorek?? Istnieje kilka możliwości:
A. Wersja optymalna. Pan dyrektor poda się do dymisji i pożegna z nami po ludzku. To byłoby wyjście honorowe, ale wątpię. Oceniam tę wersję jako wyjątkowo mało prawdopodobną. Ale jakoś lepiej bym się czuł, nie tylko w sensie, że faceta nie ma, ale że i on potrafi się czasem zachować.
B. Wersja kontrastowa. Pan dyrektor będzie odpierał zarzuty rady powierniczej, być może w tym momencie pisze swoją ripostę i będzie nam udowadniał, że to tylko chwilowe, że to nie strajki, tylko przestoje w pracy, nie bunt załogi, tylko garstka awanturników, że robotnicy do fabryk, literaci do piór, kuratorzy do mony... Tę wersję oceniam jako wyjątkowo prawdopodobną. Myślę o niej z niesmakiem.
C. Wersja kontrastowa zaostrzona czyli upgrade wersji B. Pan dyrektor nie tylko będzie odpierał zarzuty, ale i groził. Nam groził. Ta wersja budzi we mnie już nawet nie niesmak, lecz odrazę. I jakoś sam fakt, że to rozważamy, budzi we mnie pewien smutek. Możliwość wystąpienia wysoka, chociaż nie tak wysoka jak w przypadku B.
D. Wersja absurdalna. Pan dyrektor będzie bredził zupełnie nie na temat, np. na temat mony albo kryzysu światowego. Względnie na temat Zizka i jego poglądów na temat absolutu. Wyjdziemy skołowani i oszołomieni, a on z uśmiechem słodszym od malin opuści zgromadzenie i zadzwoni do przewodniczącego naszej rady powierniczej, który obieca mu posadę w Muzeum Iziko. Opuszczając nas pan dyrektor zabierze ze sobą czerwonego psa i wyleci kominem. Prawdopodobieństwo wystąpienia tejże wersji oceniam stosunkowo nisko, chociaż w porównaniu z wersją A - nieco wyżej.
Kolejne wersje, które przychodzą mi do głowy są jeszcze bardziej absurdalne (wersja D bis czyli a'la Gierek: Pomożecie? Nie pomożemy!), więc poprzestanę na czterech. Jeśli ktoś z państwa ma inne pomysły, oczekuję z niecierpliwością. Inna sprawa to jak my powinniśmy się zachować we wtorek. Byłbym za kamiennym milczeniem, bez nie daj Boże, podejmowania dyskusji. Tym razem nie jestem za bojkotem, uważam, że powinniśmy się wszyscy stawić jak jeden mąż - ja również przyczaję się za załomem - i milczeć jak jeden głaz. Tu naprawdę nie ma już nic więcej do powiedzenia.
|
|